Archiwum

Archiwum autora

Południowe Peru

kwiecień 9th, 2010 2 komentarze

Wjeżdżamy do Peru od strony południowej. Tutaj, tak jak na północy Chile, jesteśmy na pustyni. Cofamy zegarki o 2 godziny, benzynę sprzedaje się na galony! Lokalna waluta to „sol”, przelicznik jest prosty: 1 sol = 1 złoty. Pierwsze napotkane miasto nazywa się Tacna. Mieszkańcy są mili i dziękują nam za przyjazd do ich kraju! Tej niedzieli odbywa się festiwal tańców folklorystycznych. Zjechały się grupy z różnych regionów Peru, a także z Boliwii, Argentyny, Chile.

Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe Peru

Dalej na naszej drodze znajduje się Moquegua, krajobraz jest nadal równie pustynny, lecz bardziej górzysty. Niedaleko przed miastem napotykamy oazę, gdzie produkuje się pisco (alkohol z winogron), oliwki i awokado.

Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru

Jadąc na wschód w kierunku Andów, docieramy do Cerro Baul („góra kufer”) o płaskim, rozległym szczycie, na którym zwiedza się ruiny cytadeli cywilizacji Wari (sprzed Inków). Wari, pochodzą z regionu Ayacucho w centralnej części Peru. Rozwinęli się w tym samym czasie co Tiwanaku. Ci ostatni zamieszkiwali tereny andyjskiego Altiplano nad jeziorem Titicaca. To tutaj, w regionie Moquegua spotkały się obie cywilizacje. Cytadela skonstruowana została ok 600 r.n.e. na szczycie góry o stromych zboczach.

Południowe PeruPołudniowe Peru

Dalej na wschód, po przejechaniu przełęczy na ponad 4500 mnpm, zjeżdżamy w żyzną, zieloną dolinę aż do miasteczka Carumas. Od tysięcy lat zbocza gór poddawane są pod uprawę o czym świadczą liczne uprawne tarasy.

Południowe PeruPołudniowe Peru

Wracamy tą samą drogą i kierujemy się do Arequipa (2335 mnpm), drugiego co do wielkości miasto Peru, (około 900.000 mieszkańców), położonego u stóp wulkanu Misti (5825 mnpm) i góry Chachani (6288 mnpm).
Miasto zbudowane jest z białej, wulkanicznej skały – sillar – która dala jej przydomek „Arequipa La Blanca”(biała). Budynki są niskie, maksymalnie 2-piętrowe, dominuje architektura kolonialna. Wyróżnia się licznymi masywnymi budowlami i kościołami o przepięknie rzeźbionych fasadach. Główny plac, Plaza de Armas, otoczony jest arkadami, jedną ze ścian zajmuje imponująca katedra. Przed upalnym słońcem można schronić się w cieniu palm. To prawdopodobnie jedno z najładniejszych miast południowo-amerykańskich.

Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru

Jedną z głównych i z pewnością wartych zobaczenia atrakcji turystycznych jest monaster Santa Catalina skonstruowany również z sillaru w 1570 roku i powiększony w XVII wieku. To prawdziwe miasto w mieście o powierzchni ok 20.000 m². Przechadzamy się po małych, uroczych uliczkach, ściany pomalowane są na żywe kolory: niebieskie, czerwone, pomarańczowe.
Do monasteru przyjmowano w większości kobiety szlachetnego pochodzenia (niekoniecznie z powołaniem), każda z nich musiała wnieść posag. Przyjeżdżały tu z całym swoim majątkiem (meble, porcelana, dywany, obrazy…) oraz z 1 do 4 służących. Przed południem modliły się, po południu mogły spotykać się, oddawały się muzyce, malarstwu, ogrodnictwu. Przyjmowano także dzieci (dziewczynki), które niekoniecznie później tu zostawały, jak również wdowy z dziećmi. Po 4 latach bytu w Santa Catalina powrót do normalnego świata był jeszcze możliwy, później nie – zostawały tu na zawsze. Jedyny kontakt z rodziną odbywał się poprzez grube podwójne kraty. W 1871 roku papież zadecydował przywrócić dyscyplinę w monasterze, który liczył ok 500 kobiet, z czego 1/3 zakonnic i 2/3 służących i zakazał zatrudniania służących. W 1970 roku burmistrz Arequipa zobligował monaster do podporządkowania się obowiązującym normom instalując prąd i bieżącą wodę. Zbyt ubogie zakonnice nie mogły sfinansować tak potężnych prac i zdecydowały otworzyć drzwi dla turystów i w ten sposób finansować prace remontowe. W efekcie zbudowano nową część, w której obecnie żyje ok 20 zakonnic.
Zwiedzamy mieszkania, różnej wielkości (w zależności od wysokości posagu) – pokoje umeblowane w ten sam sposób: łóżko pod arkadą, stół z krzesłami, ołtarzyk do codziennej modlitwy, kącik do toalety, kuchnia. Możemy podziwiać porcelanę, obrazy, instrumenty muzyczne, a także sprzęty gospodarstwa domowego.

Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru

Drugim ważnym obiektem w Arequipa jest Muzeum Santuarios Andinos, w którym znajduje się Juanita. Jest to „mumia” 12-13 letniej dziewczynki, odkryta w 1995 roku na ok 6000 mnpm na zboczu wulkanu Ampato (6380 mnpm) dzięki erupcji wulkanu Sabancaya, który stopił lodowiec sąsiedniego Ampato odkrywając grób Juanity i innych 3 dzieci. Jakieś 550 lat temu została złożona w ofierze przez kapłanów Inka bogowi Apu Ampato. Przemierzyli ponad 500 km, w zimnie i trudnych warunkach pogodowych by dotrzeć tu, gdzie wierzyli, że mieszkają ich bogowie.
Po sakralnych uroczystościach Juanita została prawdopodobnie uśpiona przy pomocy liści koki i chichy (napój alkoholowy), a następnie zabita uderzeniem w głowę. Później ciało wraz z innymi podarunkami (biżuteria, figurki lamy, laleczki, odświętne naczynia…) złożono w głębokim na 4m grobie. Pozostałe dzieci, znalezione dużo niżej, na ok 5000 mnpm, stanowiły również ofiary, lecz mniej ważne i pochodzące z nieszlachetnych rodzin. Obecnie Juanita spoczywa w muzealnej witrynie – zamrażarce, którą dzieli z Saritą, jedną z dziewczynek znalezionych na Ampato.

Po tej urbanistycznej pauzie wracamy w góry. Niedaleko Arequipa znajdują się dwa najgłębsze kaniony świata: kanion Cotahuasi i kanion Colca. Jedziemy jedynie zobaczyć łatwiej dostępny kanion Colca. Żeby tam dotrzeć przejeżdżamy przez przełęcz na 4894mnpm. I znowu nowy rekord! Wyjeżdżamy z Arequipy trochę późno i ostatnie kilometry drogi (terenowej, w złym stanie i na wysokości pomiędzy 4100 i 4600mnpm) pokonujemy w nocy i w lekkim deszczu. Po kilku godzinach docieramy w końcu do punktu widokowego «Cruz del Condor». Następnego dnia rano możemy podziwiać kanion, który w najgłębszym miejscu liczy ok 3500m (pomiędzy szczytami gór a dnem doliny, w której płynie rzeka Colca), a także majestatyczne kondory przelatujące tuż przed naszym tarasem widokowym. To na prawdę niesamowite ptaki…

Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru

Wysokogórską drogą docieramy do Puno nad brzegiem jeziora Titicaca (3900mnpm). Noc spędzamy w miasteczku Chucuito. Tego wieczora ma miejsce święto patronalne. Mieszkańcy tańczą na głównym placu ubrani w tradycyjne kostiumy, piwo leje się ze wszystkich stron!

Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe PeruPołudniowe Peru
Południowe PeruPołudniowe Peru

Hasta la vista Chile

marzec 25th, 2010 2 komentarze

Asfaltowe drogi są w dobrym stanie nawet na 4800 mnpm. Po kilku godzinach spędzonych na płaskowyżu pustyni Atakama, odnajdujemy znane nam już miasteczko San Pedro de Atacama, ponad 2000 metrów niżej. Najbardziej niesamowite jest to, że droga zjeżdża prawie w linii prostej, czyli stromo w dół!

Korzystając z ciepłej, letniej pogody jedziemy się kąpać w lagunie Cejar, po środku salaru Atakama. Odnalezienie jej jest łatwe: dojechać do jedynego samotnego drzewa na środku salaru i stąd ścieżka sama zaprowadzi… Woda laguny zawiera wysokie stężenie soli. Lewituje się na jej powierzchni, tak jak, wyobrażam sobie, na Morzu Martwym! Na drugim planie rysuje się majestatyczny wulkan Licancabur, u jego stóp stroma droga prowadząca na płaskowyż Atakama i „brama wjazdowa” na boliwijską pustynię Sud Lipez przywołujące miłe wspomnienia z początku podróży.

Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile
Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile

Szybciutko przemieszczamy się na wybrzeże, do Iquique, mekki paralotniarstwa południowo-amerykańskiego, gdzie już też byliśmy. Warunki do latania są nadal równie dobre, a nawet lepsze!

Pod koniec tego sezonu „Flypark” Phillip’a nie jest pusty. Odnajdujemy Alain (Szwajcar) i Alejandro (Chilijczyk), którzy tu mieszkają na stałe oraz poznamy Katryn (Austria), Stefan (Austria, również w podróży kamperem), Maartens (Belgia, Flamandczyk), Heath (USA), Jeremy (Kanada), Guillaume (Francja) i Fabi (Szwajcaria, Freiburg – niedaleko od Strasbourga!). Z całą wesołą ekipą latamy, spędzamy wspólne wieczory, jemy upolowanego na targu rybnym rekina i jedziemy pod koniec pobytu do Pisagua.

Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile
Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile
Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile
Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile
Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile
Hasta la vista ChileHasta la vista Chile

Pisagua to małe miasteczko rybackie, należące do Peru przed „wojną Pacyfiku”. Później, w latach 70-tych podczas dyktatury Pinocheta zostało przekształcone w obóz koncentracyjny dla sprzeciwiających się reżimowi… Wiele ciał ludzi, którzy tajemniczo „zniknęli” zostało tu później odnalezionych. Było idealnym miejscem, gdyż położonym na odludziu (40 km przez pustynię od głównej i jedynej drogi) oraz dostępne drogą morską. Obecnie Pisagua jest znów małym spokojnym miasteczkiem z kilkoma ruinami ładnych kolonialnych budynków, dwoma lądowiskami dla helikopterów i „drewnianym” cmentarzem. Dla nas Pisagua to kolejne wspaniałe miejsce do latania, daleko od cywilizacji, nad oceanem, z wielkimi wydmami i lwami morskimi.

Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile
Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile
Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile
Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile
Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile
Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile

Zegnamy naszych nowych przyjaciół, którzy wracają do Iquique, my jedziemy dalej na północ, do Arica, gdzie spędzamy noc na plaży kitesurferow (playa corrazones), która również uczęszczana jest przez paralotniarzy, kiedy wiatr jest odpowiedni…

Hasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista ChileHasta la vista Chile
Hasta la vista Chile

Z Arica już tylko kilkanaście kilometrów do granicy i jesteśmy w Peru!

Adiós Argentina

marzec 17th, 2010 3 komentarze

Wyjeżdżamy z Tucuman w brzydkiej, szaro-burej pogodzie, by powrócić w wyższe partie Argentyny. Droga wije się wzdłuż soczyście zielonej doliny Tafi aż do przełęczy. Po drugiej stronie góry – zmiana krajobrazu: kaktusy, mało wody, więc i mało wegetacji i dużo słońca.
Zatrzymujemy się przy ruinach Quilmes, miasta – twierdzy sprzed epoki Inków, położonego na zboczu góry. W czasach swej świetności liczyło 5000 mieszkańców. Inkowie „zaadoptowali” Quilmes przyczyniając się do jego technologicznego rozwoju, następnie Hiszpanie doprowadzili je do upadku…
Niedaleko Buenos Aires znajduje się miasto o tej samej nazwie, gdzie zadomowili się „wysiedleni” potomkowie mieszkańców Quilmes. W poszukiwaniu żyznych ziem pod uprawę przemierzyli cały kraj by osiedlić się tutaj. To również tu, pod Buenos Aires, powstaje jedno z najlepszych argentyńskich piw!

Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina

Trochę dalej, w okolicach Cafayate, przejeżdżamy przez niesamowity wąwóz (Quebrada de Las Conchas lub de Cafayate) przedziwnie wyrzeźbionych przez wiatr i intensywnie czerwonych skał.

Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós Argentina

Do miasta Salta jedziemy przez przepiękną dolinę Cachi. Zjeżdżamy do cywilizacji po przekroczeniu przełęczy „Piedra del Molino” na 3348 mnpm. Góry niestety kryją się za gęstymi chmurami i widoki możemy podziwiać dopiero 1500 metrów niżej. I znowu krajobraz zmienia się diametralnie, powracamy do zieleni i wilgotności. Salta znajduje się na 1187 mnpm i jest raczej przyjemnym miastem. Podobno najładniejszym w regionie NOA (północno-zachodnia Argentyna) o przydomku „Salta la Linda” (czyli ładna Salta). To tutaj znajdujemy najlepszy i najbogatszy (wreszcie!) targ warzywno-owocowy w kraju! Cóż za przyjemność objadać się soczystymi i słodkimi mango, figami, gruszkami, brzoskwiniami, winogronami…
W Merced, kilkanaście kilometrów na południe, miało miejsce trzęsienie ziemi tego samego dnia co w Chile. Było o wiele słabsze, ale spowodowało śmierć 2 osób oraz liczne zniszczenia. Jedna z większych atrakcji turystycznych, droga wzdłuż „podchmurnej” linii kolejowej (tren a las nubes) jest tymczasowo zamknięta. Mamy nadzieję, że nie na długo!

Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós Argentina

By nie czekać w miejscu jedziemy do Jujuy, tak na prawdę: San Salvador de Jujuy (1259 mnpm), stolicy prowincji o tej samej nazwie, która graniczy z Boliwią i Chile. Samo miasto i najbliższe okolice są zielone, jak w Salcie czy Tucuman. Dość szybko kontynuujemy dalej na północ, by odkryć niesamowite mineralne krajobrazy o fantastycznych kolorach. Droga wspina się wzdłuż doliny Humahuca (wpisana do rejestru UNESCO) na około 3000 mnpm.

Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós Argentina

Jadąc dalej na północ, docieramy do przepięknej laguny Los Pozuelos, na 3670 mnpm, zamieszkałej przez tysiące różowych flamingów. W dodatku jesteśmy sami! Granica z Boliwią znajduje się ok 40 km stąd. Nieliczni ludzie, których spotykamy mają boliwijskie rysy, również maleńkie wioski, które mijamy przypominają nam bardziej Boliwię niż Argentynę!

Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina

Wracamy na południe byłą drogą nr 40 aż do San Antonio de Los Cobres, miasteczka położonego na argentyńskim Altiplano i jednego z etapów słynnego podchmurnego pociągu. Mamy szczęście, droga jest na nowo otwarta! Jedziemy najpierw ok 20 km wyżej, zobaczyć wiadukt „La Polvorilla” skonstruowany na 4200 mnpm, o długości ponad 2 km, przez który przejeżdża owy pociąg.
Następnie zjeżdżamy do Salty, położonej 150 km dalej i 3000 m niżej. Z płaskowyżu Altiplano przejdziemy do wysokogórskich szczytów by następnie zanurzyć się w chmurach i dotrzeć w końcu do niższych gór i wąwozu „Quebrada del Toro” o silnie kolorowych zboczach. Wzdłuż całej drogi mijamy się z linią kolejową skonstruowaną przez górników na potrzeby kopalni w samym sercu gór z licznymi mostami, wiaduktami i tunelami. W tej chwili pociąg jest nieczynny (z powodu obsunięć terenu spowodowanych trzęsieniem ziemi), w normalnych okolicznościach służy jedynie na potrzeby turystyki i przejażdżka nim zabiera 15 godzin, w 2 strony.

Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós Argentina

No i znów jesteśmy w Salcie, na krótko. Chcieliśmy wstać wcześnie rano (o 6), by pojechać znów na północ do prowincji Jujuy i zobaczyć „górę o 7 kolorach”. Niestety nie wszystko poszło jak przewidzieliśmy. Rano, jest jeszcze ciemno, słońce wstaje dopiero ok 7, opuszczamy nasz ładny nadrzeczny biwak trochę za szybko. Poprzedniego wieczoru Julien zapomina zamknąć „salonowe” okno, nad ranem nie zauważamy, ze jest otwarte i oczywiście 10 m dalej wystająca gałąź nam o tym przypomina… Znajdujemy je na ziemi w kilku kawałkach. Po 12 godzinach pracy specjalisty od spawania plastików odnajdujemy wszystkie funkcje naszego okna, poza być może całkowitą przezroczystością…

Dla Juliena te 12 godzin spędzonych u „mechanika” były bardzo interesujące:
Można tutaj wszystko naprawić, jak np pulpit wiekowego Renault 9. Warunki pracy pozostawiają wiele do życzenia. W tym zakładzie trzy czwarte miejsca stracone jest na chaotyczne składowanie starych zderzaków i innych plastikowych części samochodowych. Trzymają tu także kilka bezużytecznych resztek samochodów, poza może jednym, który służy szefowi jako łóżko do południowej sjesty. Zostaje więc mało miejsca do pracy i większe części do naprawy służą często jako stół do naprawy mniejszych… Od strony higieny… wszystko jest porządnie zakurzone i wszyscy łącznie z szefem plują na podłogę atelier, na której walają się kable i przedłużacze, do których podłączone są spawarki. Te również swe miejsce znajdują na podłodze, rozgrzane czekając aż nawinie się do wytatuowania jakiś but…

Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina

Następnego dnia jedziemy aż do granicy z Chile, zatrzymując się po drodze w Purmamarca (2192 mnpm), gdzie podziwiać można bardzo ładną „górę o 7 kolorach”. Dalej droga wspina się jak wąż na płaskowyż Altiplano, gdzie zatrzymujemy się przy salinach (Salinas Grandes) i w końcu jeszcze wyżej na Paso Jama (ok 4300 mnpm), granicę z Chile. Śpimy tu przy nowiutkiej stacji benzynowej silnie kontrastującej z domami miasteczka: ubogimi, z ziemi, bez tynku, prawdopodobnie bez bieżącej wody i podłogi… NOA (północno-zachodnia Argentyna) jest najuboższym z regionów Argentyny i widać to…

Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina

Podczas tej ostatniej (tym razem już na prawdę! Przykro nam trochę…) nocy w Argentynie trudno nam odnaleźć sen z powodu wysokości, na której się znajdujemy. Następnego dnia rano, po przekroczeniu granicy, atakujemy pustynne płaskowyże regionu Atacama w Chile. Wegetacji prawie nie ma, wiatr jest lodowaty, ale żyją tu wigonie! Przejeżdżamy obok kilku mniejszych salin, jeziorek, otaczają nas szczyty sięgające 6000 mnpm. Ku naszemu zdziwieniu nasza asfaltowa droga wspina się na 4824 mnpm, rekord dla naszego samochodu (i dla nas)!

Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina
Adiós ArgentinaAdiós ArgentinaAdiós Argentina

Toulao na wakacjach w Mendozie…

marzec 4th, 2010 3 komentarze

Jesteśmy z powrotem w Argentynie, na drodze nr 40, która zaprowadzi nas do Mendozy. Zanim tam dotrzemy, zatrzymamy się na noc przy tamie Agua del Torro.

Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…

Miasto Mendoza to oaza na pustyni. Wzdłuż ulic posadzono drzewa, prawie nigdy nie pada. Całkowite zaopatrzenie w wodę pochodzi z pobliskich And.
Rodzina Pablo gości nas 10 dni w argentyńskim rytmie. Większość pracuje od 9 do 13 i później po „sieście”, od 17 do 21. dla nas oznacza to: o 9 śniadanie z rogalikami (tzw medialunas), następnie naprawy lub czyszczenie samochodu, zakupy, itd, ok 12 kąpiel w basenie z Setą, psem rodziny, o 14h30 obiad, o 16 paralotnia i w końcu o 22 kolacja z cala rodziną.

Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…

W Mendozie znajduje się jedno z najlepszych miejsc do latania w Argentynie. Każdego dnia dziesiątka tandemów startuje w podniebne przestworza, my również korzystamy z dobrych warunków i latamy we dwójkę, Julien sam oraz z bratem (Nico), siostrą (Laura) Pablo i chłopakiem Laury – Martinem.

Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…

Po tych kilku dniach „prawdziwych wakacji” wyruszamy dalej w stronę San Juan. Jest bardzo ciepło, nadal tak samo sucho, jednakże wiatr silnie wieje uniemożliwiając nam radości latania nad tamą Ullum znajdującą się kilka kilometrów za miastem.

Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…

Dalej zatrzymujemy się w Difunta Correa, miejscu pielgrzymek. Legenda mówi, iż owa kobieta, Difunta Correa, szukała męża, który wyruszył na wojnę. Jej ciało odnaleziono właśnie tutaj, umarła z pragnienia. Jednakże dziecko, które miała przy piersi nadal żyło!
To ludowe wierzenie jest silnie obecne w Argentynie i w całym kraju, przy drogach odnajdujemy kapliczki i ołtarzyki na jej cześć, otoczone dziesiątkami plastikowych butelek z wodą.
Do Difunta Correa zjeżdżają się Argentyńczycy z całego kraju by złożyć w ofierze tablicę rejestracyjną, oponę, kawałek blachy samochodu, makiety domów, grawerowane tabliczki z podziękowaniami, butelki z wodą, zdjęcia najbliższych…

Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…

Dalej na północ znajduje się park narodowy Ischigualasto, tzw Księżycowa Dolina, wpisany do rejestru UNESCO ze względu na prehistoryczne ziemie (z epoki triasu), czy odnalezione tu kości dinozaurów.

Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…

Nasza droga wiedzie dalej przez przełęcz „Cuesta Miranda”, gdzie mieszają się czerwono-krwiste góry, kaktusy i soczysta zieleń.

Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…

Ten zielony oddech jest krótki, szybko powracamy do mineralnego i suchego świata. Znajdujemy się w prowincji La Rioja. Jej powierzchnia to niecałe 90 tysięcy km² z około 300.000 mieszkańców! (Znacznie większa niż Polska, ponad dwa razy mniej mieszkańców niż w Poznaniu!) Zatrzymamy się na kilka dni w Famatina, maleńkiej mieścinie, gdzie znajduje się kolejna, fantastyczna rampa. Trzy dni lotów, dynamicznych pod wieczór i termicznych przed południem nad pustynno – górzystym krajobrazem. W tym samym czasie, pełnia księżyca, potworne trzęsienie ziemi nawiedza południowe wybrzeża Chile, z epicentrum w Concepcion, gdzie byliśmy niecałe 3 tygodnie temu…

Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…

Trzymając się wskazówek naszych znajomych Duńczyków, poznanych w Boliwii kilka miesięcy temu, zbaczamy z trasy i udajemy się do Fiambala, kolejnej oazy, gdzie produkuje się wino. Lekko ponad miastem płynie strumień z gorącą wodą (70°C). W ciasnej przełęczy, na ok 1800 mnpm, znajdują się termy miejskie – kilkanaście basenów, umiejscowione jeden nad drugim. Woda przelewa się z wyższego do niższego. Przy każdej zmianie wysokości zmienia się także temperatura wody (od 48°C do 18°C)! Fantastyczne!

Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…

Następnie czeka nas długi dzień drogi by dojechać do Concepcion (w Argentynie!). Przejeżdżamy przez dwa górskie masywy piaszczystą, czasem lepszą, czasem gorszą, drogą. Krajobraz zmienia się radykalnie. Z surowej suszy przechodzimy we wszechobecną zieleń. Przypomina nam to boliwijskie Yungas. Straciliśmy około 400m wysokości i obecnie to pora deszczowa. Temperatura jest nie do zniesienia, zwłaszcza przy tak silnej wilgotności.

Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…

Z Concepcion, gdzie uzupełniamy zapasy żywności, jedziemy 80 km na północ do San Miguel de Tucuman, dużej i ładnej stolicy prowincji Tucuman, zorganizowanej wokół centralnego placu. Miasto jest bardzo przyjemne, mimo swego klimatu – gorącego i wilgotnego. Położone jest u podnóża łatwo dostępnej góry, gdzie spędzamy noc szukając chłodu nocy. Stad także można latać, niestety następnego dnia rano budzimy się w chmurach, które nie mają ochoty się przerzedzić.

Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…
Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…Toulao na wakacjach w Mendozie…

Patagonia – ciąg dalszy i koniec

luty 17th, 2010 2 komentarze

Wracamy na kontynent, by zakończyć naszą podróż po Patagonii, która zabrała nam ponad 2 miesiące. Ta część Chile, Aurakania, mieści się pomiędzy wybrzeżem Pacyfiku, licznymi jeziorami i łańcuchem And – wspaniałymi wulkanami, z których niektóre są nadal aktywne… Region ten kiedyś zaludniony wyłącznie przez lud Mapuche, którzy odparli najpierw najazd Inków, później hiszpańskich konkwistadorów, przedstawia obecnie około 40% ludności.

Podoba nam się jezioro Llanquihue, trzecie co do wielkości jezioro kontynentu, znajdujące się u stóp wulkanu Osorno (2652 mnpm). Następnie, kilka kilometrów od granicy z Argentyną, park narodowy Peyehue zaoferuje nam przepiękną wycieczkę na szczyt wulkanu Casablanca. Ze szczytu krateru rozciąga się zapierający dech w piersiach widok: w oddali na zachodzie widać Pacyfik, na osi północ – południe znajdują się inne wspaniałe, w górnej części ośnieżone wulkany (Osorno, Puyehue 2240 mnpm, Cerro Tronador 3554 mnpm…), a na wschodzie górska część andyjskiej kordyliery. Julien żałuje, ze nie chciało mu się wspinać z paralotnią… warunki do lotu wydawały się idylliczne!

Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec

Zygzakując wzdłuż kordyliery przejeżdżamy na stronę argentyńską niedaleko Bariloche (gdzie byliśmy już wcześniej zimą). Dlaczego wracamy? Mamy ochotę w końcu polatać! I tutaj można. Teoretycznie…
Bariloche jest mocno wystawione na wiatr, w tej chwili jest bardzo silny, zjeżdżamy więc lekko na południe, do sąsiedniego El Bolson, mekki patagońskiej paralotni, gdzie spotykamy innych pilotów. Tydzień temu warunki pogodowe były idealne, kiedy przyjeżdżamy, brak szczęścia, wiatr jest zbyt silny, a na kolejne dni zapowiadane jest pogorszenie pogody. Nie latamy, ale poznajemy kilka ciekawych i miłych osób w domu Mirel’y i Matin’a.
Między innymi Stéphanie, francuską paralotniarkę w podróży z glajtem, a także Jim’a, Kanadyjczyka, który pracuje jako nauczyciel/przewodnik dla organizacji NOLS (National Outdoor Leadership School). Organizm ten zabierze was na kraniec waszych możliwości podczas wysokogórskiego treku lub w dżungli. Należy wiedzieć, iż treki te trwające około 80-90 dni odbywają się w większości w oddali od jakiejkolwiek cywilizacji, w bardzo surowych warunkach, przy praktycznie absolutnej autonomii. W pewnym sensie jest to lekcja przetrwania, która ma na celu konfrontacje z naturą, samym sobą i grupą.
By przeczekać złą pogodę, kierujemy się jeszcze kawałek dalej na południe do parku „Los Alerces”. „Alerce” to odmiana cyprysa (dokładnie ficroja cyprysowata) spotykanego w Patagonii, który rośnie wolno i żyje długo. Osiągają kilkadziesiąt metrów wysokości przy kilku tysiącach lat. W samym parku zobaczymy jedynie jeden mały okaz (w wieku 300 lat), gdyż pozostałe znajdujące się pod absolutną ochroną można zobaczyć jedynie ze statku za niebotyczną cenę… Ale za to zobaczymy (znowu…) kilka ładnych, przezroczystych jezior oraz „arrayany”, drzewa o przepięknej cynamonowej korze. Ku naszemu zdziwieniu (i wielkiemu zadowoleniu) spotykamy Gwen i Seb (une étoile dans le coeur), z którymi spędziliśmy Boże Narodzenie. Następnego wieczoru wracamy do El Bolson by przekonać się, że zła pogoda się zadomowiła, kontynuujemy więc dalej, tym razem w stronę północnych upałów.

Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec

Przejeżdżamy przez park Nahuel Huapi (kolejne piękne jeziora, itp…) by następnie znaleźć się w parku Lanin u stóp imponującego wulkanu o tej samej nazwie, kulminującego na 3776 mnpm. Biwak u jego podnóża, pośród araukarii, nad przezroczystym strumieniem pozostanie jednym z lepszych.

Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec

Park ten znajdujący się w Andach, mieści się na granicy z Chile, gdzie dzięki czynnej jeszcze części wulkanów jest wiele term. Próbujemy jedne z nich, jest (jak zwykle) przyjemnie, ale jednak lepiej, gdy na dworze zimno… Jest to bardzo turystyczny region Chile, jego stolicą – Pucon (u podnóża wulkanu Villarica). Jak każde miejsce wysoko turystyczne w sezonie (styczeń i luty to wakacje letnie w Ameryce Południowej), prze to także staramy się jak najszybciej przebrnąć. Wulkan Villarica jest słynny, ponieważ nadal aktywny i liczy 8 erupcji jedynie w XX wieku. Przy ładnej pogodzie można wspiąć się na szczyt krateru i podobno zobaczyć magmę! My niestety nie widzimy nawet wulkanu zasłoniętego przez gęste chmury. Mając nadzieję na choć chwilową poprawę pogody nazajutrz rano, wjeżdżamy w nocy, w chmurze, po najpierw asfaltowej, później żwirowej, aż w końcu ziemistej i stromej „ścieżce” na „parking” wyciągu narciarskiego, spod którego wyrusza się na szczyt. To najczarniejsza i najcichsza noc, nic nie widać na 5 metrów. W dodatku nad ranem zaczyna padać, a chmury jak były, tak są…

Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec

Opuszczamy więc Pucon i góry i jedziemy nad ocean. Chile to niesamowity kraj! Długi na ok 4000 km i szeroki na średnio 175 km! Tego wieczoru zatrzymamy się w Puerto Saavedra, gdzie przy plaży znajduje się mała skarpa, z której następnego dnia rano, w końcu uda się Julienowi wystartować i polatać.

Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec

Kawałek dalej znajduje się Temuco, stolica regionu, gdzie również są pagórki „do latania”. Tego dnia wiatr jest dość silny, ale pod wieczór uspokaja się i Julien (mimo nieobecności lokalnych pilotów) „wypuszcza się” w powietrze by po chwili wylądować (zbyt dużo turbulencji).

Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec

Wydaje się, że dobra pogoda powróciła, kierujemy się więc znowu w stronę And, d Parku Conguillio. Jedziemy najpierw czarną od wulkanicznej lawy drogą u stóp wulkanu Llaima (3125 mnpm). Wzdłuż drogi podziwiamy kilka niesamowicie przezroczystych, zielonych lub niebieskich stawów. Jedna z nich powstała w wyniku lawy, która zablokowała strumień więżąc las, którego dolne części pni nadal stoją na dnie jeziorka. Chcieliśmy przejechać park z południa na północ, niestety nie udało nam się – stroma, ziemista, leśna droga po silnych deszczach poprzednich dni przemieniła się w ślizgawkę! Musimy zawrócić i wracamy nad ocean!

Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec

Tomé to małe turystyczne miasteczko na wybrzeżu Pacyfiku, gdzie również można latać. Wiatr wieje w złym kierunku. Na „pocieszenie” idziemy na targ rybny i fundujemy sobie wspaniałą kolację: 6 krabów, 300g „tułowia” krewetek, surówkę z pomidorów i butelkę białego wina za niecałe 8€.
Spróbujemy również „reinete”, płaską, morską rybę, najpierw z grilla, a potem w postaci „ceviche”, czyli surową, „gotowaną” przez 4 godziny w soku z cytryny. Pyszne.

Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec

Po tej ostatniej już eskapadzie nad ocean, powracamy na naszą drogę do Mendozy w Argentynie. Trzeba więc znowu przekroczyć w szerz Chile, co zaprowadzi nas na „drogę win”. Istnieje ok 10 dolin w Chile, gdzie uprawia się winogrono. Degustujemy kilka win, kupujemy kilka butelek i przez Paso Maule (2553 mnpm) przekraczamy granicę z Argentyną. Droga ta jest widokowo wyjątkowa, przypomina nam trochę północne Chile. Tuż przed granicą biwakujemy nad kolejnym niebieskim jeziorem…

Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec
Patagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniecPatagonia – ciąg dalszy i koniec

Wyspa Chiloé

luty 6th, 2010 3 komentarze

To druga największa wyspa kontynentu południowo – amerykańskiego, po Ziemi Ognistej oczywiście. Wiecznie zielona, lekko pagórkowata, o unikalnym podobno charakterze i licznych legendach. Jej mieszkańcy posiadają opinię bardzo miłych i otwartych jeśli tylko poświęci się trochę czasu na ich poznanie. Promem przepływamy na Chiloé i kierujemy się na wybrzeże Atlantyku w stronę Pulihuin, gdzie można zobaczyć pingwiny Magellana żyjące razem z pingwinami Humboldta. Jedne od drugich różnią się dodatkowym „czarnym pasem” na wysokości szyji (dla tych Humboldta). Ponieważ zamieszkują nieodległe wysepki i można je zobaczyć jedynie z łódki, nie decydujemy się na morską wyprawę.

Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé
Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé

Następnego dnia zatrzymujemy się w Ancud, byłej stolicy Chiloé, zniszczonej przez kataklizm morski w 1960. Dowiadujemy się tu, iż na wyspie znajduje się wiele drewnianych kościołów z czasów gdy Jezuici rozpowszechniali swe nauki i że należą one do bardzo ważnego i unikalnego dla Chiloé nurtu architektonicznego, tzw. szkoły „chilote”.

Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé
Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé
Wyspa Chiloé

Kontynuujemy więc na wschód wzdłuż „drogi kościołów”. Poza nimi, bardzo malowniczymi, podobają nam się także wioski rybackie, które zachowały swój charakter i autentyczność oraz długi pomost prowadzący na maleńką wyspę, na której znajduje się cmentarz z kaplicą.

Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé
Wyspa ChiloéWyspa Chiloé

Kolejny etap to Tenaun, mała, podobna do innych, przynajmniej na pierwszy widok, wioska rybacka z biało-niebieskim, świeżo odrestaurowanym kościółkiem. Ku naszemu uradowaniu jest to tydzień uroczystości z okazji 432-iej rocznicy Tenaun. Mamy więc okazję uczestniczyć w obchodach święta – w programie tego wieczoru przewidziano paradę dwóch przeciwnych drużyn – zielonych i żółtych (dla stymulacji, jak nam wytłumaczono). Jesteśmy za zieloną drużyną, która postawiła na tradycję i legendarne postacie Chiloé. Na wozie zaprzęgniętym w dwa byki położono udekorowaną wodorostami i algami morskimi łódkę, symbolizującą „caleuche”, czyli fantasmagoryczny statek, na którego załogę składają się czarownicy i ich więźniowie. Pływa jedynie nocą. Gdy się go spotka może zamienić się w cokolwiek, a ten kto postawi nogę na jego pokładzie postrada zmysły. Tutaj na łódce podróżuje syrena (jak w mitologii greckiej, pół kobieta – pół ryba, uwodząca marynarzy) oraz „La Pincoya”, bogini żyzności mórz i plaż. Za nimi podąża między innymi „El Trauco” (karzeł brzydal zamieszkujący lasy i uwodzący młode kobiety) oraz „Fiura”, obrzydliwa kobieta o nieświeżym oddechu również mieszkająca w lasach Chiloé. Pomimo swej odpychającej brzydoty udaje się jej uwodzić mężczyzn, którzy raz złapani w jej sidła, szaleją. W korowodzie podążają również inni mieszkańcy ubrani w tradycyjne stroje i przygrywający na akordeonie i gitarze. Atmosfera jest bardzo przyjacielska. W obchodach uczestniczy około 150 mieszkańców wioski (wszyscy), my oraz załoga jednej z ekip regat odgrywających się niedaleko.

Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé
Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé
Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé
Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé

Następnego dnia, nadal w Tenaun, nauczymy się przygotowywać „curanto”, tradycyjne danie wyspy. Chodzi o owoce morza, mięso i kiełbasy oraz placki ziemniaczane (z gotowanych ziemniaków ze skwarkami) gotowanych godzinę na rozżarzonych kamieniach, przykrytych ogromnymi liśćmi rośliny przypominającej rabarbar oraz korzeniami nie wiemy czego. Kilka zdjęć lepiej zilustruje tę pyszność.

Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé
Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé
Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé
Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé
Wyspa Chiloé

Dalej na naszej drodze znajduje się San Juan

Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé
Wyspa Chiloé

i w końcu Castro, obecna stolica Chiloé, umiejscowiona mniej więcej w połowie wyspy i znana głównie z pięknej drewnianej katedry oraz „palafitos”, czyli domów na drewnianych palach.

Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé
Wyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa ChiloéWyspa Chiloé

Mieliśmy szczęście mogąc zwiedzić wyspę przy prawie cały czas ładnej pogodzie. Według tubylców i wszelkich przewodników pada tu 330 dni w roku!

Camino austral, czyli droga australna w Chile

styczeń 28th, 2010 3 komentarze

Opuszczamy Los Antiguos, argentyńską stolicę czereśni położoną nad jeziorem Buenos Aires, w kierunku Chile by odkryć region XI, najmniej zaludnioną oraz najtrudniej dostępną część tego długiego państwa.

Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile
Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile

Jedziemy wzdłuż owego jeziora, które na granicy zmienia „obywatelstwo” i nazwę na jezioro gen. Carrera! W niewielkim odstępie czasu krajobraz zmienia się. Podczas gdy roślinność rozległych argentyńskich stepów jest raczej rzadka i uboga, po stronie chilijskiej droga przeciska się pomiędzy ośnieżonymi, stromymi szczytami i lazurowym jeziorem.

Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile

Wzdłuż drogi australnej znajduje się bardzo mało miasteczek, w większości z nich nie żyje więcej niż 500 osób. Drogę je łączącą zbudowano w latach 80-tych w celu „połączenia tego regionu z resztą świata”. Jego powierzchnia nie jest dokładnie znana, ze względu na swą fizjonomię – niezliczone wyspy i wszechobecne morze. Na zachodzie znajduje się Pacyfik, następnie wyspy i w końcu pasma górskie, raz lodowcowe, raz wulkaniczne, będące częścią And. Wiatr wiejący głównie z zachodu i znajdujący się pod wpływem frontu polarnego przynosi zimno i częsty deszcz. Droga, w większej części terenowa, miejscami w trakcie asfaltowania, zajmie nas na około 1200 km, czyli 7 dni. Przejeżdżamy przez piękne lasy (w których mimo zimna żyją też papugi!), przez soczyście zieloną i bogatą roślinność, wzdłuż fiordów, lodowców i jezior, uzupełniamy zapasy wody w górskich strumieniach i wodospadach.

Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile

Pewnego dnia płyniemy małym rybackim statkiem razem z nowo poznanymi Chilijczykami, z którymi sympatyzujemy i spędzamy wieczór, zobaczyć „Marmurową Katedrę”. Chodzi o wielki niebiesko-szaro-biały blok marmuru rzeźbiony nieustannie przy swej podstawie przez fale na jeziorze Carrera tworzące liczne marmurowe kolumny i tunele.

Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile
Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile
Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile

Dzień później odnajdujemy naszych znajomych „chajekat”, szczęśliwych z posiadania nowej przedniej szyby (mimo że plastikowej). Spędzamy razem kilka godzin podczas których Julien pomaga Jérôme (z sukcesem) odpowietrzyć system hamulców, który odmówił posłuszeństwa.
W Coyhaique, jedynym większym mieście uzupełniamy zapasy żywności i korzystamy z ładnej pogody próbując wycieczkę w góry. Niestety nie udaje nam się odnaleźć szlaku prowadzącego na szczyt…
Innego dnia w małym rybackim porcie (Puerto Cisnes) udaje nam się w końcu kupić rybę! (na południu Chile, mimo ze ryb jest dużo, trudno jest coś dostać, ponieważ wszystko hurtem przeznaczone jest na eksport…). Wybieramy najdroższą – „congrio” (węgorz) za niecałe 2€ za kilo! Następnie korzystamy ze źródeł ciepłej wody – region jest wulkaniczny – kąpiąc się (albo raczej przesiadując) w termach municypalnych „Amarillo”, miejscu bardzo sympatycznym i prostym, pozwalającym na poznanie innych wakacyjnych turystów z Chile i Argentyny.

Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile
Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile
Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile
Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile
Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile
Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile
Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile
Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile

25 kilometrów dalej znajduje się miasto Chaiten, a raczej to co z niego pozostało po erupcji wulkanu o tej samej nazwie w 2008 roku. Większość mieszkańców opuściła miasteczko, pozostali posprzątali i odkopali pokryte wulkanicznym popiołem ulice i domy… Stosy tego popiołu nadal widoczne są w Chaiten, a także wzdłuż drogi australnej, której północna część została zniszczona i jak na razie nadal jest zamknięta, jak również park Pumalin, który mieliśmy w programie. Część tego popiołu wylądowała nawet po drugiej stronie Ameryki Południowej, na argentyńskim wybrzeżu Atlantyku! Rząd chilijski odciął elektryczność i wodę, chcąc by wszyscy opuścili Chaiten, ponieważ nadal aktywny wulkan jest niebezpieczny i w każdej chwili może na nowo i bez uprzedzenia wybuchnąć. Mieszkańcy jednak stawiają opór i próbują uaktywnić miasteczko, jak na razie bez większego sukcesu.
Dalej kontynuujemy więc statkiem. Zupełnym przypadkiem odnajdujemy naszych chilijskich znajomych poznanych kilka dni wcześniej. Znów płyniemy wspólnie, lecz tym razem nie 1,5, lecz 8 godzin!

Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile
Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile

Po przybyciu do celu spędzamy noc w Hornopirén (w dosłownym tłumaczeniu: śnieżny piec) położonego nad fiordem i u podnóża kolejnego wulkanu. Chcemy kupić rybę, ale jak zwykle – w tym uroczym rybackim miasteczku nie ma sklepu rybnego. Pytamy jednak parę siedzącą na ławce na głównym placu: „dobry wieczór, gdzie można kupić rybę na dziś wieczór?”. Osoba ta dzwoni do znajomej i kilka minut później jesteśmy u niej w domu. Wychodzimy z 4 filetami morszczuka już przygotowanego w panierce. Gloria nie jest handlowcem i sprzedaje nam rybę za „co łaska”. Mamy jedynie banknot 10.000 pesos (=13€) i kilka monet. Bierze monety, równowartość 50 cts€. Jest pyszna!

Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile
Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile
Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile

Następnego dnia jedziemy wzdłuż ujścia rzeki do morza do Cochamo, znów rybackiego miasteczka malowniczo położonego nad wodą i w pobliżu innego wulkanu. Droga jest przepiękna, przypominająca trochę tę nad jeziorem Carrera.

Camino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w ChileCamino austral, czyli droga australna w Chile

Po kilku kolejnych kilometrach terenowej drogi opuszczamy „camino austral” i odnajdujemy asfalt i cywilizację…

Kontynentalny lodowiec Patagonii

styczeń 16th, 2010 4 komentarze
PHP Error: Non-static method xmlgooglemaps_helper::getFileModifiedDate() should not be called statically, assuming $this from incompatible context in /home/toulao/www/wp-content/plugins/xml-google-maps/xmlgooglemaps_gpxParser2.php at line 63